moja polska zbrojna
Od 25 maja 2018 r. obowiązuje w Polsce Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych, zwane także RODO).

W związku z powyższym przygotowaliśmy dla Państwa informacje dotyczące przetwarzania przez Wojskowy Instytut Wydawniczy Państwa danych osobowych. Prosimy o zapoznanie się z nimi: Polityka przetwarzania danych.

Prosimy o zaakceptowanie warunków przetwarzania danych osobowych przez Wojskowych Instytut Wydawniczy – Akceptuję

 
Wojna „polsko-polska” w PSZ na Zachodzie, czyli „buzułuki” i „ramzesy”

Z dzisiejszej perspektywy Polskie Siły Zbrojne na Zachodzie jawią się jako monolit, który zapisał piękną kartę w dziejach polskiego oręża. I słusznie, ale należy przy tym pamiętać, że zanim do walki ruszyły 1 Dywizja Pancerna gen. Stanisława Maczka, 1 Samodzielna Brygada Spadochronowa gen. Stanisława Sosabowskiego, czy II Korpus Polski gen. Władysława Andersa, musiały one przejść długą drogę konsolidacji. A nie było to ani łatwe, ani oczywiste. 

Żołnierz polski musiał najpierw poradzić sobie z klęską 1939 roku – odbudować poczucie wartości we własnych szeregach i udowodnić je przed francuskim sojusznikiem. Jednak zanim to nastąpiło, przyszła kolejna katastrofa – kapitulacja Francuzów zaślepionych mitem linii Maginota. Wojsko Polskie znowu było budowane od początku w Wielkiej Brytanii, a do starych urazów i podziałów doszły nowe, m.in. zaprzepaszczenie we Francji ponad połowy polskiej armii, która nie zdołała się ewakuować.

Na to wszystko nakładała się jeszcze odwieczna wojna „polsko-polska”, która – mimo klęsk w wojnie światowej – nie ustała. Premierowi rządu i Wodzowi Naczelnemu, gen. Władysławowi Sikorskiemu nie można odmówić wybitnych zasług w odbudowie polskich struktur politycznych i wojskowych po wrześniu 1939 roku. Jednocześnie jednak ani na moment nie zaprzestał on brutalnego zwalczania swych rzeczywistych i wyimaginowanych przeciwników politycznych – zwłaszcza z przedwojennej sanacji, czego wymownym symbolem stał się obóz koncentracyjny Rothesay na wyspie Bute nieopodal Glasgow. To właśnie tu od 1940 roku, często bez wyroku, przetrzymywano oficerów oskarżonych o „wysługiwanie się” sanacji. Dość powiedzieć, że gen. Sikorski nawet w konspiracyjnej Armii Krajowej starał się eliminować „sanację”, co niezwykle utrudniało i tak niełatwą pracę komendantowi głównemu, gen. Stanisławowi Roweckiemu.

 

Sikorski pilnuje Andersa

Jednym z najgłośniejszych konfliktów na najwyższych szczeblach dowodzenia w PSZ na Zachodzie był spór między Wodzem Naczelnym a dowódcą Armii Polskiej w ZSRR po rozpoczęciu jej ewakuacji na Bliski Wschód. Już w trakcie pierwszej inspekcji oddziałów polskich na Wschodzie, gen. Sikorski przywitał gen. Andersa słowami: „Mówiono mi, że pan zaczyna mi wyrastać ponad głowę!”. Sikorski bał się, że Anders odbierze mu prestiż wśród żołnierzy. Jego nieufność jeszcze bardziej pogłębił fakt, że dowódca Armii Polskiej w ZSRR wbrew wytycznym Naczelnego Wodza przeprowadził ewakuację cywilów z terenu Związku Sowieckiego na własną rękę. Sikorski wierzył, iż uda się, mimo coraz bardziej nieprzychylnego stanowiska Sowietów, utrzymać część oddziałów polskich w Rosji, natomiast Anders zdawał sobie sprawę, że to oznacza śmierć kolejnych tysięcy rodaków. Ostatecznie obaj oficerowie wyjaśnili sobie wszystkie kontrowersje i gen. Sikorski w czasie ostatniej inspekcji Armii Polskiej w Iraku w czerwcu 1943 roku uzyskał zapewnienie gen. Andersa, że żaden bunt w armii mu nie grozi i nieprzerwanie uważany jest za największy autorytet wśród polskiej emigracji. Był to już ostatni polityczny sukces Naczelnego Wodza przed katastrofą w Gibraltarze.

Konflikty w wyższym dowództwie Wojska Polskiego miały swe odbicie w stosunkach panujących wśród żołnierskiej braci. Wynikało to nie tylko z poglądów politycznych, czy sympatii do danego oficera, ale też z faktu „kto skąd przyszedł”. Szczególnie dobrze widać to było w czasie połączenia 1 Samodzielnej Brygady Strzelców Karpackich z 9 i 10 Dywizją Piechoty z ZSRR, w wyniku czego powstała 3 Dywizja Strzelców Karpackich. Jak pisał Mieczysław Pruszyński: „Żołnierz Brygady Karpackiej nie był to zwyczajny żołnierz poborowy, ale ochotnik, co z niejednego pieca chleb jadł, spryciarz, co niejedną granicę na zielono przeszedł, zwykle miał za sobą jakąś kampanię, jeśli nie Wrzesień, to kampanię francuską”.

Była to pod każdym względem jednostka niezwykła w Wojsku Polskim – opromieniona udziałem w obronie Tobruku, o największym udziale żołnierzy ze średnim i wyższym wykształceniem (około tysiąca). Wytworzyła swoisty typ „żołnierza-karpatczyka”, porównywany przez niektórych z legionistami gen. Henryka Dąbrowskiego z czasów napoleońskich. W Brygadzie Karpackiej nie było zmory przedwojennego wojska, czyli „zupactwa” (nadgorliwego służbisty). „Gdy żołnierz brygady –  pisał Kazimierz Grzybowski – znalazł się na tyłach, dopiero przy porównaniu można było stwierdzić, że sprawa dyscypliny karpatczyka była przede wszystkim sprawą honoru, a nie postrachu”. Chodzi tutaj o porównanie z oficerami i żołnierzami przybyłymi z ZSRR. Ci często mówili wprost, że żołnierze brygady to nie wojsko, lecz „banda” bez dyscypliny. Na co karpatczycy odpowiadali, że powierzchowna dyscyplina polegająca na częstym salutowaniu i głośnym stukaniu obcasami, nie jest na wojnie potrzebna i podkreślali, że w brygadzie nie było przypadku niewykonania rozkazu, ale rozkazy te były wydawane w sposób jak najbardziej demokratyczny.

Antagonizmy zaostrzyła też początkowa „polityka awansowa” gen. Andersa. Dowódca brygady, a następnie 3 Dywizji Strzelców Karpackich, gen. Stanisław Kopański prosił gen. Andersa o dwieście awansów dla dwustu podchorążych, którzy często pod Tobrukiem i El Gazalą byli zastępcami dowódców plutonów. Otrzymał do rozdysponowania tylko dwadzieścia, a reszta nominacji poszła dla oficerów Armii Polskiej w ZSRR, chociaż jeszcze nie byli na froncie.

„Ramzesi” kontra „buzułuki”

Szybko też powstały nieformalne podziały w armii. Żołnierze-karpatczycy walczący na pustyni od 1940 roku i oddani gen. Kopańskiemu nazwani zostali „ramzesami” lub „faraonami”. Największą grupę, czyli tych, którzy przybyli z Rosji, nazywano „prawosławnymi” lub „buzułukami” – od jednego z obozów wojskowych w Buzułuku. Jednych od drugich można było odróżnić już na pierwszy rzut oka. Pierwsi nosili pasy parciane, drudzy skórzane. Żołnierze z Rosji salutowali po polsku „dwoma palcami” (bardzo często, każdemu starszemu stopniem). Weterani z Tobruku salutowali po aliancku „całą dłonią” (i bardzo rzadko). W armii byli jeszcze „lordowie”, czyli żołnierze, którzy przyjechali z Wielkiej Brytanii, ale oni na ogół nie angażowali się w konflikty między dwoma pierwszymi „stronnictwami”. A dochodziło do nich często – zwłaszcza w bagdadzkich knajpach. Jedną z takich „bitew” opisał w swych wspomnieniach sanitariusz, starszy sierżant Franciszek Koprowski: „[W restauracji] od sprzeczek i kłótni doszło do wzajemnego rozbijania sobie na głowach krzeseł, stolików i innych sprzętów, towarzyszyły zaś temu wojenne okrzyki: Chłopaki! «Ramzesy» biją naszych! Z drugiej zaś strony słychać było podobne nawoływania:  Chłopcy! «Buzułuki» ładują naszym! Z knajpy walka przeniosła się na ulicę, rozszerzając się coraz bardziej”. Policja iracka pochowała się przezornie po kątach, za to przybyła natychmiast żandarmeria angielska, sądząc że doszło do jakiegoś zatargu między wojskiem a ludnością miejscową (w takim wypadku żandarmi zawsze stawali po stronie wojska). I jak dalej wspomina sierż. Koprowski, kiedy żandarmeria zobaczyła, że żołnierze polscy biją się między sobą, „dyskretnie wycofała się z placu boju, na którym pozostało kilkunastu rannych oczekujących pomocy sanitarnej. Inni, mniej poturbowani, pośpiesznie uciekli z pola walki, aby ich nie rozpoznano. Na szczęście, wypadków śmiertelnych nie zanotowano”. Po tym zdarzeniu polskie dowództwo musiało się gęsto tłumaczyć Anglikom, którzy przerazili się, że polskie oddziały toczy jakiś konflikt polityczno-
-ideowy lub jest to dywersja komunistyczna „przywleczona zza sowieckiej granicy”.

Jednak z czasem dzięki umiejętnościom dowódczym gen. Kopańskiego i „karpackiemu duchowi” 3 Dywizja stała się wzorcową jednostką i trzonem II Korpusu Polskiego, do którego lgnęli żołnierze z innych dywizji. Z wielkim żalem dywizja żegnała swego pierwszego dowódcę w lipcu 1943 roku, gdy gen. Kopański objął funkcję szefa sztabu Naczelnego Wodza gen. Kazimierza Sosnkowskiego. Niektórzy nawet podejrzewali, że celowo pozbyto się tego zdolnego oficera, by zupełnie osłabić „stronnictwo ramzesów” przed wyruszeniem korpusu do Europy.

Commando wkracza na scenę

Na przełomie 1943 i 1944 roku II Korpus znalazł się we Włoszech. Tutaj dołączył do niego jeszcze jeden samodzielny i elitarny oddział Wojska Polskiego i też nie wzbudziło to entuzjazmu jego żołnierzy. Mianowicie już od początku grudnia 1943 roku w górach nad rzeką Sangro walczyła 1 Samodzielna Kompania Commando, jako część 2 Brygady do Zadań Specjalnych. Gdy 4 kwietnia 1944 roku wyższe dowództwo zdecydowało, że kompania wejdzie w skład II Korpusu, komandosi nie byli zadowoleni. Doszła do nich opinia, że gen. Anders nie jest entuzjastą oddziałów commando i przekłada nad nie oddziały ułańskie – bliższe polskiej tradycji. Do pierwszego spotkania komandosów mjr. Władysława Smrokowskiego z gen. Andersem doszło 9 kwietnia w miejscowości Boiano, w czasie uroczystości nadania awansów i odznaczeń komandosom. Tak to spotkanie wspomina Maciej Zajączkowski: „Nadjechał gen. Władysław Anders. Po odebraniu raportu od oficera służbowego przeszedł przed frontem oddziałów. Potem zbliżył się do komandosów, którzy po raz pierwszy widzieli dowódcę korpusu. Na jego piersi widniała długa wstążeczka odznaki honorowej za rany i na niej osiem gwiazdek, co oznaczało, że jej posiadacz był osiem razy ranny. Wtem z drugiego szeregu znany kompanijny wesołek, Fredzio, odezwał się półgłośnym szeptem: «O rany! Śrutem strzelany!». Tylko dzięki ogromnej sile woli i dyscyplinie wewnętrznej kompania nie ryknęła śmiechem”.

Na szlaku bojowym II Korpusu komandosi zapisali piękną kartę, współdziałając ze szwadronami ułańskimi (między innymi pod Monte Cassino ze szwadronem szturmowym 15 Pułku Ułanów Poznańskich). Niestety, ziściły się jednak ich obawy co do dalszego charakteru ich oddziału jako jednostki commando. Gdy w sierpniu 1944 roku na bazie kompanii z rozkazu gen. Andersa powołano 2 Batalion Komandosów Zmotoryzowanych, władze brytyjskie zatwierdziły etat jednostki, ale nie zgodziły się na uznanie jej za oddział commando. Żołnierze niejako nieoficjalnie nosili nadal zielone berety i odznaki na ramieniu z napisem Commando. Także ich wyszkolenie pozostawało na bardzo wysokim poziomie, choć nie prowadzili już akcji specjalnych, lecz najczęściej walczyli jako piechota zmotoryzowana wspierająca czołgi.

Najmniej kłopotu gen. Anders miał z czwartą największą grupą, obok „ramzesów”, „buzułuków” i „lordów”, jaka złożyła się na uzupełnienie II Korpusu. Byli to Polacy wcieleni do Wehrmachtu, którzy dostali się do alianckiej niewoli w Libii lub na froncie włoskim. Ziściło się zdanie Andersa wypowiedziane do marszałka Harolda Alexandra, który martwił się o uzupełnienia dla II Korpusu we Włoszech, że „uzupełnienia przyjdą do nas od strony frontu”. W większości byli to doskonale wyszkoleni żołnierze, którzy w armii niemieckiej nabyli potrzebnych dla nowoczesnej armii specjalizacji – kierowców, pancerniaków czy artylerzystów. Szybko więc, po zamianie mundurów i wymyśleniu pseudonimów (dla bezpieczeństwa rodzin pozostających w kraju, na wypadek dostania się tym razem do niemieckiej niewoli) szli do walki.

O tym, że antagonizmy i niesnaski nie wzięły góry nad naszą racją stanu w Polskich Siłach Zbrojnych na Zachodzie świadczą bitwy, w jakich ich żołnierze wzięli udział – Monte Cassino, Falaise, Arnhem i wiele innych. Nawet gdy wyszły na jaw ustalenia jałtańskie, żołnierze polscy nie opuścili aliantów. Anglików to dziwiło. Płk Stanisław Koszutski, dowódca 2 Pułku Pancernego 1 Dywizji Pancernej wspomina, że hiobowe wieści o Jałcie dotarły do dywizji zimą 1944 roku, gdy stała nad Mozą w Holandii. „Spotykani Anglicy pytali: «Co zrobicie? Przejdziecie do Niemców, czy tylko przestaniecie nam pomagać?». To ostatnie, zdaje się, było według nich naszą najwyższą i najbardziej lojalną możliwością. […] Przez dziesięć dni trwaliśmy w atmosferze niepewności i oczekiwania. Wreszcie przyszły rozkazy: «Mamy nadal walczyć, bo honor… czy coś takiego, wymaga tego…»”. I 1 Dywizja Pancerna w całości ruszyła do walki, bo „Polak nawet oszukany nie odstępuje swego towarzysza broni”.

 

Bibliografia

M. Prószyński, Od Kocka do źródeł Gazeli, Warszawa 1988

F. Koprowski, Bo wolność krzyżami się mierzy…, Kraków 1975

M. Zajączkowski, Sztylet komandosa, Warszawa 1991

Samodzielna Brygada Strzelców Karpackich, praca zbiorowa, Kraków – Warszawa 2014

Piotr Korczyński , historyk, redaktor kwartalnika „Polska Zbrojna Historia”

dodaj komentarz

komentarze


„Northern Coasts”, czyli debiut „Kormorana”
 
AW 139 W dla Wojska Polskiego?
W walce na dwa fronty – bez szans
HSW ma ofertę dla armii
Misja, w której stawką było życie
Ewakuacja z Afganistanu dobiegła końca
Symulator dla kierowców ciężarówek
Defendery. Innowacyjność w cenie
Szczyt NATO o zagrożeniach dla bezpieczeństwa
Będzie więcej szkoleń z pierwszej pomocy
Żołnierze wyjechali, problemy zostały
Żołnierze bez testów z WF-u
Skok na głęboką wodę
Szczyt NATO w Brukseli – punkt zwrotny dla Sojuszu
Wyścig zbrojeń nie ustaje
Zakaz noszenia mundurów podczas protestów
Course on Diplomacy
Niech żyje pamięć niezłomnych!
Baza ofiar zbrodni wołyńskiej
Biegacze na orientację z Czarnej Dywizji najlepsi
In the Only Right Direction
Wojsko dla mediów, media dla wojska
Techniki linowe dla wybranych
Polscy żołnierze polecą na Islandię
Służbowe „M” dla żołnierzy z Zamościa
Współpraca i walka w komunikacji
Czołgi do ataku!
Żołnierze powinni być aktywni w mediach i lokalnie
Srebro sztafety i brąz kajakarek
Pomnik prawdy o Katyniu
PGZ na londyńskich targach zbrojeniowych
Poznajcie produkty nagrodzone podczas XXIX MSPO
Afganistan. Czas wracać do domu
W Tokio zgasł olimpijski znicz
Emerytura wypłacana w … karmie
Ćwierćwiecze AMW
Dezinformacja – oręż wojny hybrydowej
Przez sport do wojska!
Defender, czyli innowacyjny obrońca
Terytorialsi zapraszają na WOT Games!
Szkoły dumne z mundurowych uczniów
Wojsko nie może zapominać o dialogu ze społeczeństwem
Kosmiczne technologie na MSPO
Po raz dziesiąty pobiegli „śladami gen. Nila”
MSPO 2021 - serwis specjalny
Szef MON: w XXI wieku fake newsy stały się bronią
Prosty język to najważniejsza maksyma!
Nowe racje dla specjalsów
Komunikacja strategiczna to dziś priorytet
Żołnierze wrócili do Polski
Rzetelna informacja w cenie!
Ocalić od zapomnienia
OWŚ – betonowa wizja obrony
Rozwój i wyzwania wojskowej logistyki
UE o wspólnym bezpieczeństwie
Do broni!
W jedynym słusznym kierunku
Musimy myśleć tylko o jednym – walka aż do zwycięstwa!
Żołnierze z Leźnicy trenują siatkarzy
„Ryś”, czyli nowe zadania w nieznanym terenie
„Ocean 2020”, czyli drony na straży morskich granic
Nowy system naboru zmienia też armię
Nowe święto w rocznicę powstania wielkopolskiego?
Ministrowie państw bałtyckich o zagrożeniach i współpracy
Czarna Dywizja świętuje
Wojskowy żargon tylko w jednostkach
Szczyt NATO już w poniedziałek
Marynarze z 8 Flotylli na czele zespołu NATO
Wybierz się na wojskowe studia

Ministerstwo Obrony Narodowej Wojsko Polskie Sztab Generalny Wojska Polskiego Dowództwo Generalne Rodzajów Sił Zbrojnych Dowództwo Operacyjne Rodzajów Sił Zbrojnych Wojska Obrony
Terytorialnej
Żandarmeria Wojskowa Dowództwo Garnizonu Warszawa Inspektorat Wsparcia SZ Wielonarodowy Korpus
Północno-
Wschodni
Wielonarodowa
Dywizja
Północny-
Wschód
Centrum
Szkolenia Sił Połączonych
NATO (JFTC)
Inspektorat Uzbrojenia

Wojskowy Instytut Wydawniczy (C) 2015
wykonanie i hosting AIKELO